Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na specjalne okazje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na specjalne okazje. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2015

Kaczka w pomarańczach



Czujecie już Święta? Ja bardzo! Mam już dokładny plan sprzątania, zakupów, gotowania i pieczenia. Prezenty już prawie wszystkie (czekam tylko jeszcze na jeden, który miał kłopot z pocztą) ułożone w ciemnym kącie sypialni czekają na pakowanie. Pierniczki z mojego niezawodnego przepisu upieczone - w tym roku w nowoczesnych kształtach dinozaurów! Obmyślam świąteczne kreacje dla siebie i rodziny. No i przede wszystkim mamy już choinkę! W tym roku co prawda małą, ale jest. Stoi i mieni się światełkami i ozdobami. W związku z tym, że mamy w domu małą pełzaczkę i baliśmy się, że mogłaby na siebie ściągnąć duże drzewko, a w salonie nie ma żadnych szafek/komód, na których mogłaby stanąć mniejsza, to została wyeksmitowana na książkowy regał baaardzo dumnego z tego faktu Pana Synka. W salonie tylko trochę dodatkowych światełek, gdzieniegdzie szyszki, ozdoby, jemioła w wazonie... W każdym razie jest już klimat. Pachnie płynem do mycia, pierniczkami i świerkiem.
A ja - oczywiście - cieszę się jak dziecko! Nauczyłam się już nie stresować przygotowaniami. Jeśli pierogi wyjdą mi krzywe (choć mam w tym roku ambitny plan lepienia falbanek jak Madzia z Eat this blog) - trudno. Jeśli z czymś nie zdążę albo coś się zgubi - nieważne. Cieszę się, że spotkam rodzinę i będę mogła bezkarnie nawpierniczać się piernika ;) Pełen luz!
I w tym klimacie pozostając, prezentuję dziś prosty, bardzo świąteczny, ale nieco przełamujący tradycję przepis na pyszną, przepyszną kaczkę! Pan Małżonek zajadał się nią bardzo i powiedział, że jest to "najlepsza kaczka ever" (a musicie wiedzieć, że jest on koneserem kaczek!), a Pan Synek zjadł całą pierś i udko, co chyba też o czymś świadczy. Przygotowanie jej nie zajmie więcej niż 15 min (nie licząc oczywiście czasu pieczenia, kiedy to możemy zająć się pastowaniem podłóg czy czym tam jeszcze), a efekt jest naprawdę godny świątecznego stołu.

Niniejszym przypominam także o Bożonarodzeniowym dziale na blogu, gdzie znajdziecie przepisy z poprzednich lat oraz życzę wszystkim smacznego i zdrowego wypoczynku! :)



od 18. m. ż.

Składniki:
1 niewielka kaczka
1 duża pomarańcza
1 duża cebula
1-2 gałązki rozmarynu
4-5 goździków
do smaku: sól, pieprz, papryka słodka (wędzona)
1 łyżka masła klarowanego (lub innego tłuszczu do wysmarowania brytfanny)

Najpierw należy natłuścić brytfannę.
Następnie dokładnie myjemy i osuszamy kaczkę. Wkładamy ją do brytfanny, obracając kilka razy, by pokryła się częściowo tłuszczem. Posypujemy przyprawami. Pomarańczę oraz cebulę kroimy na spore kawałki (cebulę należy wcześniej obrać, pomarańczy - nie!) i układamy wokół i w środku kaczki. Na wierzch można też dodatkowo nałożyć trochę klarowanego masła. Tak przygotowanego ptaka odstawiamy pod przykryciem na kilka godzin do lodówki.
Włączamy piekarnik na 220°C na termoobieg z grillem. Pieczemy tak kaczkę przez ok. 15 min bez przykrycia, a następnie przykrywamy, zmieniamy funkcję na sam termoobieg i zmniejszamy temperaturę do 190°C. Pieczemy ok. 1 - 1 1/2 godziny w zależności od wielkości kaczki. 

Podałam naszą z domowymi grahamkami oraz karmelizowaną na maśle pietruszką i marchewką. 

Smacznego!






 
A to nasze tegoroczne pierniczki - stegozaury, brawiozaury i t-rexy ;)

środa, 9 grudnia 2015

Najprostszy "naked cake" (modny tort z minimalistycznym przybraniem)


 Z malinami, brorówkami, z malinami i borówkami, z jeżynami, śliwkami, figami, z persymoną, w wersji makowej, cytrynowej, z kremem fistaszkowym. Robiłam go już z tysiąc razy i zawsze wychodzi perfekcyjny. Jego nowoczesna, modna forma i minimalistyczne (zmieniane w zależności od sezonu) przybranie robi duże wrażenie. Przyrządza się go w ułamku sekundy. Nie wymaga praktycznie żadnych zdolności kulinarnych. Ciasto wyrabia się bez miksera. A na dokładkę jest pyszny! 
Taki oto tort prezentuję dziś.
Jeśli jesteś młodą mamą z dzieckiem przy piersi, to sama co prawda być może nie pojesz (zawiera laktozę i kakao), ale przygotujesz go jedną ręką ku swej radości i podziwowi gości. Przetestowane osobiście!

Wersję ze zdjęć robiłam w październiku, dlatego takie akurat wczesno jesienne owoce wybrałam, ale powoli zaczynam myśleć już nad menu świątecznym i chodzi mi po głowie wersja pomarańczowa (z kandyzowanymi pomarańczami na górze) albo żurawinowa (z dodatkiem przyprawy do piernika w cieście). Jak się uda, to nie omieszkam podzielić się efektami kolejnych eksperymentów :)

Za przepis (w mojej wersji zmodyfikowany - wielokrotnie) dziękuję Madzi z Eat this blog!


od 18. m. ż. (w zależności od wersji - trzeba zweryfikować składniki osobiście)

Składniki:
ciasto:
4 jajka
4/5 szklanki mleka (niepełna szklanka)
2/3 szklanki oleju
1 1/3 szklanki cukru trzcinowego
1 1/4 szklanki mąki pszennej
2/3 szklanki kakao
3/4 łyżeczki sody oczyszczonej 
1 łyżeczka proszku do pieczenia 

krem:
250 g mascarpone 
1 szklanka śmietanki 36% (ewentualnie 30%)
2 łyżki cukru pudru 
opcjonalnie: ziarenka z 1 laski wanilii

dodatkowo:
4-6 łyżek dżemu (dowolnego)
owoce pasujące do dżemu
opcjonalnie: kilka łyżek nalewki (z tych samych owoców - wersja nie dla dzieci!!!)

Wszystkie składniki na ciasto powinny mieć temperaturę pokojową (tzn. wyjmujemy z lodówki na 2-3 godziny przed pieczeniem lub odrobinę podgrzewamy mleko, a jajka wkładamy na 10-15 min do ciepłej wody).

Rozgrzewamy piekarnik do 170°C, a tortownicę o średnicy ok. 22 cm wykładamy papierem do pieczenia (ja wykładam samo dno).
W sporej misce mieszamy mąkę, kakao, proszek i sodę. W drugiej dokładnie roztrzepujemy jajka z mlekiem, olejem i cukrem. 
Mokre składniki wlewamy do suchych. Mieszamy. Przelewamy ciasto do tortownicy i wstawiamy do piekarnika. Pieczemy ok. 1 godzinę (należy sprawdzić patyczkiem).
Upieczone ciasto odstawiamy do wystudzenia.

Składniki na krem powinny być schłodzone (kremówkę należy trzymać przez kilka godzin w lodówce lub ok. pół godziny w zamrażarce).

Wszystkie składniki kremu miksujemy w misce na gęsty, zwarty krem. 

Ciasto kroimy na 2-3 blaty (jeśli urosło zbyt wysokie, można ściąć górkę). Każdy z nich smarujemy dżemem (można też wcześniej nasączyć nalewką) i częścią kremu. Na wierzch układamy owoce. 


Smacznego! 




poniedziałek, 23 listopada 2015

Gęś z figą i pasternakiem (bez maku, ale za to ze śliwkami)


Miała być gęsina na św. Marcina. Figa z pasternakiem!
Miał być wcześniej jeszcze tort urodzinowy (a urodziny mam 15 X), a jeszcze wcześniej miał być budyń z gruszek i bułeczki... Zdjęcia leżą na dysku i kwitną, a ja jakoś nie miałam parcia, żeby usiąść i to wszystko spisać. No cóż.
Z okazji wspomnianych właśnie urodzin dostałam nową książkę Nigelli. I o ile okładka nie zachęca, tak sama książka jest bardzo ciekawa i inspirująca. Widać wyraźną metamorfozę głównej bohaterki. To już nie jest ta roześmiana, pulchna Nigella z półmiskiem pieczonych ziemniaków jak z okładki Christmas, ale dojrzała, stonowana, poszukująca kobieta. Odmieniona po wydarzeniach ostatniego roku, kiedy to wiele straciła i musiała zaczynać od nowa. Nie straciła jednak jednego - miłości do jedzenia. Niezmiennie zaraża apetytem na kulinarne eksperymenty, odważne połączenia, tworzenie dań pełnych i wyrazistych.
I muszę przyznać, że po tej słabej dla mnie kulinarnie jesieni, przeglądając tę książkę wieczorami, zaczęłam na nowo czuć zew przygody powiewający z opustoszałej kuchni.
Tak więc powracam do spisywania moich pomysłów. Jako ta córka marnotrawna.

Zacznę może faktycznie od gęsiny, skoro jeszcze jest listopad. Co prawda już spadł pierwszy śnieg i myślami jesteśmy bliżej Świąt, ale nie martwcie się, pomysł na świąteczną kaczkę też mam w zanadrzu!

Jakiś czas temu kupiłam w popularnym markecie (tym z owadem w logo ;)) pierś gęsi karmionej owsem. Ekologiczną, z wolnego wybiegu itd. Czasem trafiają się takie perełki, trzeba tylko zachować czujność. I oczywiście nie wahałam się ani chwili, w imię mojego planu wdrażania różnorodności.
Nie bardzo miałam inny pomysł na gęś, jak tylko po prostu na słodko. Ze śliwkami i figami, które wówczas były na topie. Łudzę się, że może komuś (może nawet mnie samej) ten przepis przyda się w przyszłym roku, bo mięsko wyszło naprawdę pysznie! Podałam je z sałatką z buraczków i ogórków kiszonych oraz... frytkami. Wiem, te frytki takie trochę ni w pięć, ni w dziesięć, ale był to obiad urodzinowy dla Pana Małżonka, który tak sobie właśnie zażyczył na zasadzie "it's my party". No cóż. Przełknęłam to jakoś, ale gdyby zależało to tylko ode mnie, wybrałabym puree z batatów z dodatkiem tymianku (how fancy of me :P).


po 1. r. ż.*

Składniki:
pierś z gęsi (podwójna, ze skórą i kośćmi)
2-3 figi**
5-6 śliwek węgierek**
1 cebula
1 korzeń pasternaku (można zastąpić pietruszką)
sól i przyprawy do smaku (u mnie ekologiczna mieszanka kminku, majeranku, kolendry, papryki, czarnuszki i gorczycy pod nazwą "pieprz ziołowy staropolski")
tłuszcz do wysmarowania formy (u mnie masło klarowane)

Pierś z gęsi, śliwki i figi myjemy. Pasternak i cebulę obieramy i kroimy na kawałki. Do wysmarowanej tłuszczem brytfanny wkładamy pierś i obracamy ją w jedną i drugą stronę, żeby wierzch także pokrył się warstewką tłuszczu (dzięki temu przyprawy lepiej się przykleją). Mięso doprawiamy i obkładamy owocami i warzywami. Można odstawić na kilka godzin do lodówki.
Wstawiamy piekarnik na 220°C - grill z termoobiegiem.
Wkładamy brytfannę bez przykrywki i podpiekamy skórkę przez ok. 15 min. Następnie zmniejszamy temperaturę do 190°C, przykrywamy brytfannę i zmieniamy funkcję na sam termoobieg. Pieczemy ok. 1 godziny.
Podajemy... ekhm... wedle uznania ;)

Smacznego!


* Dla dzieci proponuję tzw. polędwiczkę z piersi, która znajduje się w głębi, przy mostku, pod skórą i warstwą mięsa, ponieważ ta część będzie delikatniejsza w smaku i nie tak przypieczona. W każdym razie dla maluszków na pewno nie polecam skóry!
** Myślę, że poza sezonem świeże owoce można zastąpić suszonymi :)




piątek, 22 maja 2015

Perliczka z oliwkami, pomidorkami i rozmarynem


Jamie Oliver od kilku ładnych lat robi w UK i USA jedzeniową rewolucję. O ile na Wyspach jeszcze jakoś szło, tak amerykańskie zacukrzone społeczeństwo nie bardzo chciało go słuchać. Patrzymy na Amerykanów z boku i jesteśmy zszokowani, jak wiele i jak bardzo otyłych osób tam mieszka. Okazuje się jednak, że sami mamy też nieco za uszami. Tegoroczne badania wykazują, że już co piąty uczeń w Polsce ma nadwagę. Tymczasem media nie kwapią się do nagłaśniania tematu. Lekarze biją na alarm, ale odbija się on nikłym echem. Ogromnie mnie to smuci.
Mam jednak poczucie, że wcale nie jesteśmy aż tacy oporni. Wierzę, że odrobina edukacji żywieniowej mogłaby wiele zmienić. Jasne, są dzieciaki, które codziennie piją gazowane napoje, jedzą chipsy, batony, nie jadają warzyw. Liczę jednak na to, że nie jest to większość. Według mojej oceny te ~20% dzieciaków z nadwagą, to te dzieciaki, o których babcie mówią, że są "w sam raz" albo "mają ciężkie kości" tudzież "lubią podjeść". Jeden danonek przecież nie zaszkodzi. Lizaczek. Cukiereczek.
Po co? Pytam. W imię czego?
Myślę, że to nie są dzieci, które opychają się drożdżówkami z lukrem, ale te, którym wciska się makaron przy bajce, żeby zjadły. To te dzieciaki, którym nie daje się swobody wyboru, decydowania czy i kiedy się najadły. To te, którym nakłada się porcję jak dla dorosłego i każe siedzieć przy stole, dopóki nie skończą.
Te, których rodzice, dziadkowie, opiekunowie po prostu nie wiedzą.
Że ludzki żołądek jest mniej więcej wielkości pięści danego człowieka. A dziecięce piąstki są małe. Nie trzeba tych żołądków rozpychać. Że jak dziecku widać żebra, to jest OK. Dzieci mają taką budowę. Mają duże głowy, okrągłe brzuszki i chude kończyny. Mięśnie dopiero będą się budować, bo na razie dziecko rośnie głównie w górę.
Długo wciskano tym babciom, że cukier krzepi i teraz nie wierzą, kiedy mówimy, że nie, jednak nie krzepi, tylko prowadzi do otyłości, cukrzycy, próchnicy i wielu innych schorzeń.
Och, tylko trochę cukiereczków, to będzie nasza tajemnica. No zjedz ziemniaczki, makaronik, bułeczkę białą pyszną chrupiącą. Zapchaj się, dziecko, żebyś nie płakało, że głodne! Głodne dziecko to wstyd, wiadomo! Jak można głodzić dziecko? Zabraniać? Odbierać dzieciństwo?
A tymczasem dzieciństwo nie musi mieć smaku waty cukrowej tylko na przykład truskawek z babcinego ogródka. Słodko-kwaśnego agrestu. Marchewki świeżo wyrwanej z grządki. Wielkiego arbuza dźwiganego razem z babcią z targu. Pierogów z jagodami i kwaśną śmietaną.
Po niemal czterech latach rozmów, nawoływań, próśb, gróźb, tłumaczenia, podsyłania artykułów z dumą mogę uznać, że jedni Państwo Dziadkowie są już po naszej stronie. Wierzę, że drudzy też kiedyś tu będą.
Bo naprawdę życie bez cukru nie musi być gorzkie. Możemy je sobie osładzać, jedząc owoce, bakalie, domowe ciasta, miód, cynamon. Które oprócz walorów smakowych mają też zdrowotne. Nie trzeba wciskać dziecku szklaka, bo jest kolorowy i ładny. Domowe ciastko będzie krzywe, ale ileż zabawy, nauki i wspomnień przy wspólnym lepieniu, wykrawaniu i pieczeniu!
Może to głos wołającego na puszczy, ale nawołuję zawsze i niezmiennie. Wyjdźmy z hipermarketu. Nie musimy zostawiać tam trzech czwartych pensji, kupując paskudztwa, z których połowę i tak wyrzucimy. Bo kupujemy za dużo i bezmyślnie. Wydaje nam się, że musimy to kupić, mieć, spróbować. A może nie? A może by tak wyłączyć telewizor i wrócić do regionalnych smaków? Na targ, do ziemi, prosto z krzaka?
Ten sam Jamie Oliver w jednej z moich najukochańszych książek Jamie at Home: Cook Your Way to the Good Life (którą polecam, bo jest piękna, mądra i pełna dobrych i naprawdę celnych rad) napisał, że obserwuje tendencję do spłycania i zawężania smaków. Jemy w kółko to samo. Na zmianę kurczak i świnia, ziemniaki, pomidory i ogórki - niezależnie od sezonu. To ważna lekcja. Zainspirowała mnie, by szukać nowych przypraw, odkrywać nowe głębsze smaki. Nie cukier, sól i glutaminian, ale świeże zioła, orzechy, kozieradkę, czarnuszkę, wędzoną paprykę. 
Postanowiłam, że będę do minimum ograniczała w naszym domu spożycie tego mięsa, które się produkuje, a nie hoduje. Kupuję zatem cilęcinę i indyki, ale też króliki, kaczki, gęsi, dziczyznę, a ostatnio trafiłam na perliczkę. Robiłam ją po raz pierwszy, ale jestem bardzo zadowolona z efektu :) Ok, takie mięso jest droższe, ale przecież nie musimy jeść mięsa codziennie. Zamiast zapychać się znowu tanim kurczakiem, warto zainwestować w jego bardziej szlachetną wersję. 


Wraz z Panem Synkiem przyrządziliśmy naszą perliczkę w lekko śródziemnomorskim stylu (podobny przepis kiedyś też widziałam u rzeczonego Jamiego :D ), z pieczonymi warzywami, oliwkami i rozmarynem. Ale co najbardziej w niej śródziemnomorskie to prostota przygotowania. Jest łatwa, nieprzegadana, pyszna. Sam Pan Synek zjadł całą pierś, dwa skrzydełka i większość warzyw! Nie nadążałam z dokładaniem kolejnych porcji. 
Szczerze polecam przewartościowanie tego, co mieszka w naszych lodówkach, a na pierwszy ogień proponuję pyszny i prosty niedzielny obiadek :) 


po 1. r. ż. (uwaga na przyprawy i pomidory!)

Składniki na obiad dla niedużej rodziny (albo jednego Pana Synka i dwoje niezbyt głodnych rodziców):
1 perliczka
1-2 łyżki tłuszczu (gęsiego smalcu, masła klarowanego lub oliwy - nie extra virgin!)
1 duży ząbek czosnku
3-4 ziarnka ziela angielskiego
1-2 łyżeczki suszonego rozmarynu (lub posiekane listki z 1 małej gałązki)
2-3 młode ziemniaczki
2-3 młode marchewki
1 średnia cebula
garść pomidorków koktajlowych
garść czarnych oliwek
sól i pieprz


Perliczkę myjemy, wkładamy do brytfanny lub naczynia żaroodpornego (z pokrywką) wysmarowanego tłuszczem. Obracamy ptaka tak, żeby cały pokrył się tłuszczem (piersią do góry). Nacieramy czosnkiem przeciśniętym przez praskę i obsypujemy rozmarynem, solą i przeprzem. Przykrywamy i odstawiamy na kilka godzin do lodówki (można ten krok pominąć). 
Wstawiamy piekarnik na program grill z termoobiegiem na 230ºC.
Warzywa porządnie myjemy. Ziemniaki, marchew i cebulę kroimy na niewielkie cząstki i układamy na około perliczki. dorzucamy pomidorki, oliwki i ziele. Warzywa dodatkowo solimy. 
Wstawiamy całość do piekarnika i pieczemy ok. 10-15 min, aż zacznie pachnieć. Następnie zmniejszamy temperaturę do 190ºC, zmieniamy program na sam termoobieg, przykrywamy brytfannę i pieczemy jeszcze ok. 45-50 min (lub dłużej w zależności od wielkości perliczki - jest gotowa, gdy po nakłuciu płyn, który z niej wypływa, jest przezroczysty). Odstawiamy do lekkiego wystudzenia. 
Podajemy porcje perliczki z upieczonymi warzywami i domowym kompotem. 

Smacznego! 

PS. A na deser mieliśmy ciasto cukiniowe z tego przepisu :) 





niedziela, 30 listopada 2014

Tort "śliwka w czekoladzie" (na orkiszowym biszkopcie)


Żyję! Choć nie bywam na blogu (ostatnio może częściej na facebooku), to jestem, istnieję, żyję. Mam się całkiem dobrze.
W tym tygodniu oficjalne zakończenie większości moich jesienno-zimowych projektów. Teraz będę miała więcej czasu dla siebie i - mam nadzieję - dla bloga. Od przyszłego tygodnia zaczynam już rozwieszać adwentowe kalendarze, świecidełka, szyszunie. Piec pierniczki!!!
I sprzątać.
W ramach porządków na blogu zamieszczam więc baaardzo stary i zaległy, wielokrotnie przekładany i odkładany przepis. Z tegorocznych urodzin Pana Synka. W związku z tym, że już raczej bliżej do kolejnych urodzin, to pomyślałam, że właściwie może już czas... ;)
Tort w konwencji "śliwka w czekoladzie" (zainteresowanych prostszą wersją tego typu ciasta zapraszam tutaj) jest przepysznie gęsty, wytrawny i mocno jesienno-zimowy. Z pewnością nada się na Świąteczny stół. Albo post-Andrzejkowy. Albo Barbórkowy. Bo przecież o Świętach będzie dopiero od jutra ;)


po 1. r. ż.

Składniki (na formę o średnicy 24 cm):
na biszkopt:
5 jajek
3/4 szklanki cukru
2/3 szklanki mąki jasnej orkiszowej
1/3 szklanki kakao
na krem:
500 g śmietany kremówki (30-36%)
3 tabliczki gorzkiej czekolady (lub deserowej)

dodatkowo:
słoiczek powideł śliwkowych
1/2 szklanki mocnej herbaty (i opcjonalnie: 1/3 szklanki śliwowicy - w wersji dla dorosłych)
3/4 szklanki pokruszonych ciastek czekoladowych
umyty samochodzik koparka :)


Biszkopt i krem dobrze jest przygotować wieczór wcześniej.

Tortownicę o średnicy 24 cm wykładamy papierem do pieczenia (samo dno).
Piekarnik wstawiamy na 170ºC.
Mąkę i kakao przesiewamy. W osobnej misce oddzielamy białka od żółtek. Białka ubijamy (ewentualnie ze szczyptą soli) na sztywną pianę, pod koniec dodając stopniowo cukier, a następnie kolejno żółtka. Dodajemy mąkę z kakao i bardzo delikatnie mieszamy (mikserem na najniższych obrotach lub ręcznie za pomocą szpatułki). Przelewamy masę do tortownicy i wstawiamy do piekarnika na ok. 40-50 min. Po tym czasie wyłączamy piekarnik, a następnie (w rękawicach kuchennych) wyjmujemy blaszkę i upuszczamy na podłogę z wysokości kolan (ja rozkładam na podłodze koc - żeby nie robić za dużego hałasu ;)). Wkładamy z powrotem do piekarnika i studzimy przy uchylonych drzwiczkach.
W czasie, gdy biszkopt się piecze, wlewamy śmietankę do garnka o grubym dnie i doprowadzamy do wrzenia. Zmniejszamy moc palnika i dorzucamy połamaną na kostki czekoladę. Gdy czekolada zacznie się topić, zdejmujemy garnek z kuchenki i mieszamy całość do połączenia składników. Odstawiamy do wystudzenia, a następnie wkładamy do lodówki (najlepiej na całą noc).

Następnego dnia lub po całkowitym wystudzeniu odkrajamy biszkopt od brzegu tortownicy, wyjmujemy z formy i kroimy na 3-4 blaty.
Krem wyjmujemy z lodówki i delikatnie krótko miksujemy, żeby się napuszył, ale nie zwarzył.

Na paterze układamy kolejne blaty biszkoptu, nasączamy je, smarujemy powidłami i niewielką warstwą kremu. Całość dekorujemy kremem i ewentualnie pokruszonymi ciasteczkami oraz mini-koparką.

Wstawiamy do lodówki na kilka godzin. Wyjmujemy ok. 15-20 min przed podaniem, żeby krem lekko zmiękł.

Smacznego!

PS. Zdjęcia - jak w przypadku poprzedniego toru - robione w absolutnym pośpiechu, stąd ich kiepska jakość.




środa, 24 września 2014

Konfitura z borówek i malin



Wczoraj był pierwszy dzień astronomicznej jesieni. Czas więc zamknąć rozdział lato 2014. Zamknąć w słoiku i schować głęboko na bezpiecznych półkach spiżarni. Lubię jesień z wielu różnych powodów, a na tegoroczna zima niesie dla nas wielkie zmiany, więc wyczekiwanie tym bardziej otoczone aurą niezwykłości. Żegnam zatem lato z nostalgią, ale bez żalu.
Z tej okazji mam naprawdę wyjątkowy przepis. Taki, nad którym pracowałam kilka lat! Oczywiście nie non stop ;) Było po prostu kilka podejść, ale zawsze coś było nie tak. A to za słodkie, a to za rzadkie. Ale do trzech razy sztuka! W końcu opracowałam metodę na połączenie w słoiczkach borówek i malin. Te ostatnie letnie, mocno już dojrzałe owoce współtworzą połączenie wprost idealne. Pasują do siebie jak czerwona szminka i szpilki, jak szlafrok i poranna kawa, jak Angelina Jolie i Brad Pitt. Absolutne nasycenie smaku i tego wszystkiego, czym jest gorące leniwe lato.
Perfekcja.


od 8. m. ż.*

Składniki (na 4-5 słoiczków):
1 1/2 kg borówek amerykańskich
1/2 - 3/4 szklanki cukru trzcinowego**
1/2 kg malin

Borówki myjemy, wsypujemy do garnka z grubym dnem i smażymy przez ok. 2-3 godziny na niewielkiej mocy palnika. Odstawiamy na kilka godzin do wystudzenia (np. na całą noc). Następnie dodajemy cukier i znowu smażymy, mieszając do czasu do czasu, kolejnych kilka godzin do uzyskania odpowiedniej konsystencji. [Proces ten można też rozłożyć na 3 raty.]
Pod koniec gotowania wypiekamy słoiczki w piekarniku (lub sterylizujemy w wybrany sposób). Myjemy maliny, dorzucamy je do borówek, zwiększamy moc grzania i szybko zagotowujemy, mieszając bardzo delikatnie od czasu do czasu. Gotową konfiturę przekładamy do słoiczków (i ewentualnie ponownie zapiekamy, choć drugie pieczenie nie jest już konieczne). Odstawiamy słoiczki dnem do góry, przykrywamy grubym ręcznikiem lub kocem, żeby powoli wystygły. Zimne słoiczki odstawiamy w chłodne, ciemne miejsce i otwieramy kolejno w chwilach tęsknoty za latem.


Smacznego!

* Teoretycznie borówki i maliny są bezpieczne dla dzieci już właściwie od początku, ale ze względu na dodatek cukru w konfiturze należy pamiętać, żeby najmłodszym nie podawać jej w nadmiarze!
** Ilość cukru można zmienić w zależności od tego, jak słodkie są owoce.





[A ostatni weekend lata spędziliśmy zawieszeni między porami roku w głębi lasu - szczegóły w kolejnym poście :)]


środa, 16 kwietnia 2014

Naturalne barwniki do jajek


Zbliża się Wielkanoc. Zajączek już czyści futerko, kury wyeksploatowane produkcją jajek, rzeżucha wschodzi... A u nas oczywiście wszystko z opóźnieniem. Pan Synek pokasływał, ja zajęta byłam zupełnie czym innym.
W miniony weekend bowiem byłam na jednym z najbardziej uwalniających wyjazdów w historii dziejów. Bieganie po pastwiskach, wiszenie w sieciach rozpiętych między drzewami, głaskanie koni. Wolność.
Pewnie jeszcze rozwinę się w tym temacie, ale tymczasem zamierzam nie wytrącać się z tego stanu ducha. W tym roku zatem nasze Święta będą powolne, spontaniczne i niezobowiązujące. Ot, śniadanie, potem (jeśli pogoda pozwoli) jakiś grill na wsi z przyjaciółmi i ogólny relaks. A zatem może jakaś baba będzie, a może nie. Może kakaowa, może bezglutenowa. Może jakiś pasztet. Na pewno chleb (przepis wkrótce), ale pieczony na ostatnią chwilę, żeby podczas śniadania był jeszcze ciepły i chrupiący.
Tak, to będą dobre Święta.

Żeby jednak zostawić jakiś świąteczny ślad na blogu, publikuję moje zeszłoroczne dokonania w dziedzinie naturalnego farbowania jajek. Polecam taką metodę, zwłaszcza alergikom, uczuleniowcom i przeciwnikom chemii. Oraz dla najmłodszych!
W tym roku z pewnością powtórzę zabawę. Zajmuje nieco więcej czasu, ale satysfakcja jest nieporównywalna! :)


od 7. m. ż.

Składniki:
2-3 łyżki kurkumy
1 mała główka czerwonej kapusty
łupiny z ok. 1 kg cebuli
2-3 buraki

po 2-3 jajka na barwnik

ok. 1-2 łyżki octu na barwnik


Jajka trzeba najpierw dobrze wyczyścić. Chyba że chcemy uzyskać efekt marmurkowy, jaki wyszedł mi w zeszłym roku ;)
Na początku należy poszatkować kapustę, zalać ją niewielką ilością wody (ok. 1 litra) i gotować ok. godzinę. Tak samo postępujemy z burakami oraz łupinami cebuli - wszystko w osobnych garnakch. W innym garnku mieszamy wodę z kurkumą. Wyjmujemy warzywa*, pozostawiając w każdym garnku wodę, do której wlewamy ocet, wkładamy jajka i gotujemy na twardo, do uzyskania odpowiedniego koloru (ok. 15-30 min).
Pofarbowane jajka można posmarować niewielką ilością oleju, żeby ładnie błyszczały.
Można także eksperymentować z mieszaniem kolorów - w tym celu przekładamy jajka z jednego barwnika do drugiego (nie mieszamy samych barwników!).


Powodzenia!

* Można je śmiało wykorzystać do zjedzenia, buraki np. do ćwikły z chrzanem :)


środa, 26 marca 2014

Tort marchewkowy (bez cukru)


Co robi matka, która bardzo potrzebuje snu? Która wczoraj wcale a wcale się nie wyspała, miała cały dzień zawalony sprawami ważnymi i ważniejszymi, położyła się późno, a do tego wszystkiego kicha i prycha (dla odmiany po Panu Synku)? Wstaje o 5:41 i nie może zasnąć. Brawo. Ledwo widzę na oczy przez katar i niewyspanie, a jakoś nie da się. Nie mogę spać. Cierpię!
Poza tym wiosna mnie oszukała :(

Nie pozostaje mi nic innego, jak na osłodę przypomnieć sobie jeden z tegorocznych urodzinowych tortów Pana Synka. Dlaczego były aż dwa? Bo impreza podzielona została pokoleniowo. Jeden tort był dla dorosłych, a drugi dla dzieci. Ten był dla dzieci.
Mało słodki, zdrowy, marchewkowy. Ale jaki pyszny! Podobny do zamieszczonego już niegdyś na blogu tortu marchewkowo-pomarańczowego, a jednak bardziej typowo tortowy. I chyba dość ładny :) Mnie w każdym razie tego typu ozdoby podobają się zdecydowanie bardziej niż lukier plastyczny, który nieco mnie przeraża. Jakoś nie mogę się przekonać do jedzenia czegoś, co wygląda jak plastelina... A zatem ukochane smoki Pana Synka zostały dzień wcześniej uprowadzone, wyszorowane i ubrane w odświętne czapeczki. Potem oczywiście nie omieszkano ich wylizać, a jakże!
Poza tym krem z dodatkiem miodu z skórki z cytryny to naprawdę świetne rozwiązanie dla tych, którzy chcą ograniczyć spożycie cukru. Wciąż będzie słodko, a jednak dużo bardziej naturalnie :)

[Zdjęcia niestety robione w biegu - nie miałam serca, żeby przedłużać ;) ]


po 1. r. ż. 


Składniki:
na ciasto:
1 1/2 szklanki jasnej mąki orkiszowej
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody
2-3 łyżeczki ekstraktu z cytryny
3 jajka
2/3 szklanki stewii
3/4 kostki masła (roztopionego i wystudzonego)
3 średnie marchewki


na krem:
500 g śmietanki kremówki (30-36%)
250 g mascarpone
skórka starta z 1 cytryny (niewoskowanej)
2-3 łyżki miodu

do nasączenia (opcjonalnie):
1/2 szklanki wody
sok z 1/2 cytryny



[Wszystkie składniki na ciasto muszą mieć temperaturę pokojową!]
Najpierw należy zetrzeć obraną i umytą marchewkę na tarce o drobnych oczkach.
Następnie włączamy piekarnik na 170ºC i wykładamy papierem do pieczenia tortownicę o średnicy 22-24 cm.
Mieszamy mąkę z proszkiem i sodą. W osobnej misce ucieramy jajka z cukrem na puszystą masę, dodajemy ekstrakt i cienką strużką wlewamy roztopione i wystudzone masło. Następnie stopniowo wsypujemy suche składniki. Miksujemy tylko do połączenia! Na końcu dodajemy startą marchewkę.
Przelewamy ciasto do formy, wyrównujemy i pieczemy ok. 50 min.
Ciasto po lekkim wystudzeniu wyjmujemy z piekarnika na kratkę i pozostawiamy do całkowitego wystudzenia. W tym czasie przygotowujemy krem.

Kremówkę należy bardzo dobrze schłodzić. Powinna poleżeć przynajmniej kilka godzin w lodówce, a dodatkowo tuż przed ubiciem 10-15 min w zamrażarce.
W dużej misce rozcieramy krótko mascarpone z miodem i skórką z cytryny. Dodajemy partiami ubitą na sztywno kremówkę i delikatnie mieszamy.

Ciasto przekrajamy na 2-3 blaty, które kolejno nasączamy i przekładamy kremem. Dekorujemy według uznania.




Smacznego!





piątek, 14 lutego 2014

Bezglutenowe brownies - serca


W naszym domu panuje ogólna miłość. Zwłaszcza do czekolady. A w związku z tym, że Pan Małżonek, w którego (jak już pisałam) wymierzone są moje walentynkowe starania, nie wyznaje mąki, to wpadłam na bezglutenowe serduszkowe brownies. Są tak dobre, że aż trudno w to uwierzyć, a jeszcze prostsze do zrobienia. Nie będę ukrywała - Pan Synek wykonał większość prac.
Połączenie czekolady i migdałów to mój absolutnie najlepszy zestaw, więc zdradzę tajemnicę - serduszka te są trochę też prezentem dla mnie. A to dlatego, że doszłam dziś do przełomowego wniosku. Mianowicie wczoraj na przesympatycznym spotkaniu z gdańskimi blogerkami kulinarnymi w Mercado przepiękna i szczupła jak niteczka Magda z Eat this blog wyznała, że potrafi zjeść na śniadanie tabliczkę (nie kostkę!) czekolady. Rozmyślałam o tym dziś przy porannej kawie i uznałam, że presja bycia szczupłym to ogólnoświatowa, korporacyjna zbrodnia na osobach o wolniejszym metabolizmie. A może mój genotyp pochodzi z dziada pradziada z ludów, które żyły w zimnych krajach, jadły rzadko i musiały zachowywać energię potencjalną w postaci tłuszczyku tu i ówdzie? [To by się nawet zgadzało z moją teorią, że jestem Wikingiem!]
A zatem dziś, w dniu miłości, postanowiłam wyznać szczerze, że kocham siebie. Przy pełnym uwielbieniu dla szczupłej sylwetki Magdy, lubię również swoje krągłości. Żyjemy w świecie tolerancji i akceptacji. Dlaczego zatem chcemy, żeby wszyscy wyglądali tak samo? Ja chcę wyglądać inaczej! Lubię to [oczywiście w granicach zdrowia i dobrego samopoczucia] i dlatego też nie będę miała wyrzutów sumienia podczas jedzenia najlepszego deseru świata, którego czekoladowy zapach wypełnia cały dom, a migdałowy posmak sprawia, że życie jest piękne.

Miłego dnia miłości! Nie zapominajcie o tym, żeby kochać też siebie! :)


po 1. r. ż.

Składniki na 12 serc:
1 tabliczka gorzkiej czekolady
1/2 kostki masła
3 jajka
1/3 - 1/2 szklanki trzcinowego cukru
1/2 szklanki zmielonych migdałów
1 łyżka mąki kukurydzianej (niekoniecznie)


Czekoladę rozpuszczamy razem z masłem i pozostawiamy do ostudzenia.
Wstawiamy piekarnik na 180ºC. Formę serduszkową (lub do muffin) smarujemy masłem*.
Jajka ucieramy razem z cukrem, dodajemy migdały i mąkę oraz czekoladę z masłem, mieszamy dokładnie. Przelewamy do formy.
Pieczemy ok. 13 min. Pozostawiamy w formie na kilka minut po wyjęciu z piekarnika (w tym momencie serduszka opadną, ale tak ma być!), a następnie studzimy na kratce. Można też podawać na ciepło.

Smacznego!


* Ja wysypałam dodatkowo kakao i nie był to dobry pomysł. Kakao zrobiło się podczas pieczenia całkiem czarne i nie wyglądało to zbyt estetycznie. Musiałam warstewkę zeskrobać nożem ;) Lepiej zostać przy samym maśle lub ewentualnie dodatku mąki (kukurydzianej).




czwartek, 13 lutego 2014

Razowe drożdżówki serca z nadzieniem migdałowym


Przed nami Walentynki. Różne są oblicza miłości, różne sposoby na jej okazywanie. My z Panem Małżonkiem pewnie zgodnie z naszą małą świecką tradycją pójdziemy do naszej ukochanej knajpki sushi (klisza, wiem, no ale tradycja to tradycja :P) i będziemy pili wino. Tym razem nie zjem tyle, że nie będę mogła wstać, obiecuję! 
Czy zrobię Panu Synkowi jakiś prezent? Jeszcze nie wiem... Wciąż wydaje mi się, że to raczej święto dla "zakochanych", czyli świętuje się z osobą, którą darzy się jednak zgoła odmiennym typem miłości niż dziecko. Podobnie uważam, że rocznica ślubu to święto tylko dla zainteresowanej pary. No ale to już wyłącznie moje zdanie. Można się spierać, nie obrażę się ;)
Jeśli zatem chcemy zrobić pyszną słodką, ale jednocześnie zdrową (w zakresie pewnych granic, rzecz jasna) niespodziankę ukochanej/ukochanemu/dziecku/listonoszowi/sobie, to myślę, że bułeczki z poniższego przepisu nadają się do tego wyśmienicie. Są naprawdę wspaniałe! Smakują nieco jak marcepan, są razowe i orkiszowe, a do tego mają kształt serca! Świetnie sprawdzą się w roli śniadania do łóżka lub słodkiego wyznania w myśl "przez żołądek do serca" :)


od 10. m. ż.


Składniki na 8 sporych drożdżówek:
na ciasto:
1 1/2 szklanki jasnej mąki orkiszowej (typ 720)
1 szklanka pełnoziarnistej mąki orkiszowej (typ 2000)
1 łyżka suchych drożdży
2 łyżki cukru trzcinowego
szczypta soli
2/3 szklanki ciepłego mleka (lub wody)
1 jajko
2 łyżki masła klarowanego (roztopionego i wystudzonego)

na nadzienie:
200 g migdałów
1/3 - 1/2 szklanki cukru trzcinowego
1/3 szklanki śmietany kremówki
1 łyżka ekstraktu z wanilii (lub rumu)


Obie mąki mieszamy z drożdżami, cukrem i solą. Dodajemy ciepłe mleko (lub wodę), jajko i mieszamy wszystko. W końcu dodajemy także masło i wyrabiamy ciasto mikserem (końcówką z hakiem) ok. 8-10 min. Przykrywamy miskę ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na ok. 1 1/2 godziny.

W tym czasie przyrządzamy nadzienie: miksujemy wszystko w malakserze na w miarę gładką masę.

Po wyrośnięciu ciasto dzielimy na 8 kulek. Każdą po kolei wałkujemy na placek (podsypując lekko mąką), na który nakładamy po łyżce nadzienia i rozprowadzamy delikatnie (żeby ciasto nie przykleiło się do podłoża). Zwijamy placek jak naleśnik, po czym składamy na pół, przecinamy i wywijamy, tworząc kształt serca*. Układamy na blasze i pozostawiamy do wyrośnięcia na ok. pół godziny.
Pieczemy bułeczki ok. 15-20 min w piekarniku nagrzanym do 180ºC. Studzimy na kratce. Najlepsze są pierwszego dnia! 

Smacznego!



* Dokładna obrazkowa instrukcja formowania serc jest podana przy przepisie źródłowym, nierazowym i z nieco innym nadzieniem.



poniedziałek, 23 grudnia 2013

Pepparkakor


Kto ma jeszcze nieco czasu, a nie chciało mu się na początku grudnia upiec pierniczków? Kto chce się pozbyć dzieci na czas pastowania podłóg? Komu potłukły się wszystkie bombki i nie ma co zawiesić na choince? Kto jest uczulony na miód? Kto woli chrupiące pierniczki od miękkich?
Jeśli zgłosiłeś/-łaś się przy czytaniu przynajmniej jednego z powyższych pytań, to ten przepis jest dla Ciebie! ;) Szwedzkie korzenne ciasteczka - pepparkakor. Uwielbiane przez wielu, proste w wykonaniu, chrupiące i aromatyczne. Jestem więcej niż pewna, że to nimi właśnie zajadały się Dzieci z Bullerbyn! A zatem zajadajmy się i my! :)

Przepis ukazał się także w grudniowym numerze magazynu Mammazine :) Zapraszam do przejrzenia całości w ramach świątecznego relaksu!

I tym samym życzę moim kochanym stałym i okazyjnym Czytelnikom spokojnych, smacznych i przede wszystkim zdrowych Świąt! 


od 10. m. ż.

Składniki na ok. 100 sztuk:
½ szklanki melasy
½ szklanki cukru trzcinowego
1 łyżeczka mielonego imbiru
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżeczka przyprawy do piernika
½ kostki masła (100 g)
2 ½ szklanki mąki
¼ łyżeczki sody [można pominąć]
szczypta soli
1 jajko

Melasę doprowadzamy do wrzenia, dodajemy cukier, przyprawy i masło. Mieszamy, aż wszystko się rozpuści i połączy. Odstawiamy do wystudzenia. W tym czasie do sporej miski przesiewamy mąkę z sodą i solą. Następnie wbijamy jajko i dodajemy melasę z pozostałymi składnikami. Ucieramy wszystko mikserem (ciasto na tym etapie jest bardzo klejące). Posypujemy odrobiną mąki, przykrywamy ściereczką i wstawiamy do lodówki na kilka godzin (najlepiej na noc).

Rano wyjmujemy ciasto z lodówki. Wstawiamy piekarnik na 180ºC.
Ciasto wałkujemy bardzo cieniutko (im będzie cieńsze, tym ciastka będą bardziej chrupiące) podsypując mąką tylko w razie konieczności. Najlepiej wychodzi to na silikonowej macie lub papierze do pieczenia. Za pomocą foremek wycinamy dowolne kształty, układamy bardzo delikatnie na blasze wyłożonej papierem do pieczenia* i pieczemy ok. 6-8 min (w zależności od wielkości). Studzimy na kratce. Przechowujemy w puszce. 


Smacznego!

* Przed upieczeniem można za pomocą słomki porobić w ciasteczkach dziurki, jeśli chcemy zawiesić je na choince :) 


sobota, 21 grudnia 2013

Jaglanka buraczkowa


Pan Synek w lutym skończy 3 lata, a zatem w tym roku ze świątecznego stołu będzie mógł pewnie zjeść praktycznie wszystko. Pamiętam jednak poprzednie Święta i moje rozterki, co mu dać, a z czym powinniśmy jeszcze trochę poczekać. Jest to chyba odwieczny dylemat młodych mam. Z jednej strony boimy się wprowadzać nowe produkty do diety dziecka akurat w Święta (co jest według mnie całkowicie uzasadnione), ale z drugiej strony komu chce się dodatkowo wystawać przy garach, podczas gdy wszyscy porozkładani na kanapach oglądają w spokoju Kevina?
Na swoją pierwszą wigilijną kolację Pan Synek jadł filet z dorsza gotowany na parze z warzywkami i z całego serca polecam takie rozwiązanie. W tym roku wpadłam jednak na inną propozycję dla najmłodszych (może na obiadek w kolejny dzień Świąt?). Jest to "kaszotto" jaglane inspirowane jedną z najlepszych zup świata, czyli skandynawską korzenną zupą z buraków Signe Johansen.
Danie jest łatwe i szybkie w wykonaniu, w smaku delikatne i bezpieczne, a jednak niesamowicie świąteczne i aromatyczne! W wersji kaszowej dla maluszków jest oczywiście mniej pikantne, choć należy pamiętać, żeby dostosować nawet i poniższe ilości przypraw do wieku i gustu dziecka - Pan Synek oczywiście wymaga dodania maksymalnej ilości imbiru ;).


od  8. m. ż.

Składniki (na 2 spore porcje):
2 łyżeczki klarowanego masła
1 średni burak
1 pietruszka
1 marchewka
1 łodyga selera naciowego
2 szalotki (lub pół małej zwykłej cebuli)
1/4 - 1 łyżeczki startego świeżego imbiru
szczypta domowej przyprawy do piernika
1/2 szklanki kaszy jaglanej
2 - 2 1/2 szklanki wody (lub bulionu)
1 liść laurowy
sól do smaku

opcjonalnie (raczej dla starszych dzieci):
1 łyżeczka sosu sojowego
1 łyżeczka cukru trzcinowego
1 łyżeczka soku z cytryny


Warzywa obieramy, myjemy, kroimy na małe kawałki i wrzucamy z masłem do garnka o grubym dnie. Dusimy na małym ogniu ok. 10 min, cały czas mieszając. Następnie dodajemy imbir i przyprawę korzenną, mieszamy. Dodajemy wypłukaną pod bieżącą wodą kaszę, zalewamy całość wodą, dodajemy liść laurowy. Doprowadzamy do wrzenia i doprawiamy do smaku. Gotujemy na wolnym ogniu ok. 15 min, a następnie wyłączamy, przykrywamy i pozostawiamy do ostygnięcia jeszcze ok. 10-15 min.
Całość można zmiksować.

Smacznego!




czwartek, 19 grudnia 2013

Nalewka imbirowa


Jest już wieczór, dzieci poszły spać, a więc mogę wrzucić przepis na nalewkę ;)
Dziś rano bowiem podałam przepis na kandyzowany imbir, podczas robienia którego zostaje sporo syropu. Można oczywiście od razu przelać go do butelki i mieć pyszny syrop imbirowy. Można dodać laskę cynamonu, kilka goździków, gwiazdkę anyżu, zagotować, przelać do butelki i mieć pyszny syrop imbirowo-korzenny.
Można też jednak pójść o krok dalej.


po 18. r. ż. ;)

Składniki (na ok 1 - 1 1/2 l nalewki):
syrop pozostały z kandyzowania imbiru (mnie zostaje zazwyczaj ok. 1/2 - 3/4 l)
1/2 l wódki
sok z 1 małej cytryny

Wystudzony syrop mieszamy z wódką i sokiem z cytryny. Szczelnie zamykamy i pozostawiamy na kilka tygodni. Można też od razu przelać przez gazę (żeby była bardziej klarowna) do butelek.
W pierwszej chwili nalewka jest totalnie ostra, ale gdy dojrzeje, pokazuje więcej delikatności i uroku ;)


Smacznego!


PS. W tym roku kandyzowałam imbir w jasnym trzcinowym cukrze, więc nalewka ma wyjątkowo jasny kolor.