Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podwieczorek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podwieczorek. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2015

Kaszka kukurydziana z jagodami (deserek dla niemowlaka)

 
Jakiś czas temu Ania Włodarczyk (z bloga Strawberries from Poland) wydała książkę Zapach truskawek. Rodzinne opowieści. Jest to rzecz absolutnie porywająca, wzruszajaca i przepełniona przepięknie namalowanymi słowem obrazami kulinarnych wspomnień z dzieciństwa i ważnych życiowych momentów. Osobiście uważam, że każdy powinien coś takiego w życiu napisać. Choć pewnie nie każdy ma tyle talentu i - w co niezwykle trudno mi uwierzyć - być może nie każdy ma takie kulinarne wspomnienia. Ja pamiętam bardzo dużo. Ku bolączce Pana Małżonka mam niezawodną pamięć do sytuacji. Potrafię ze szczegółami obejmującymi wszystkie zmysły odtworzyć jakieś wydarzenie z przeszłości. Usłyszana w radiu piosenka potrafi otworzyć w mojej pamięci dawno zakurzoną szufladę. Dotyk materiału jak sukienka mamy zapinana na guziczki, czerwono-pomarańczowa w białe kwiaty, którą mama uszyła sobie sama, a któregoś dnia mój młodszy brat pociął ją nożyczkami, schowawszy się w szafie, gdy byliśmy u babci na wakacjach. Widzę to dosłownie, jakbym przeniosła się wehikułem czasu. Jakaś mała rzecz, drobny bodziec, a ja już jestem we wspomnieniu.
Mam też takie wspomnieniowe "evergreeny". Zawsze gdy czuję zapach letniego koperku, to widzę siebie stojącą w dusznej szklarni podziwiającą piękne pomidory, które ciocia Bonia dorzucała do najpyszniejszej zupy wraz z fasolką szparagową, innymi młodymi warzywami i przede wszystkim dużą ilością koperku.
Zapach leśnych jagód natomiast przywołuje mazurskie wakacje u babci. Kiedy widzę ludzi na poboczach sprzedających słoiki z jagodami albo dotykam delikatnych granatowych kuleczek kupionych na targu, a nawet kiedy sama zbieram je w lesie wśród komarów i pajęczyn - jestem zadowolona, fakt, ale nic nie czuję. Natomiast zapach podgrzewanych jagód zalewa mnie ciepłymi wspomnieniami od stóp do głów. Momentalnie widzę siebie w krótkich spodenkach i kolorowej koszulce, z czarnymi jak u indianki włoskami za ucho i krzywo przystrzyżoną grzywką, jak siedzę na balkonie w fotelu z charakterystycznymi drewnianymi podłokietnikami (teraz przechodzą renesans), dyndam nogami i zajadam się niezliczoną ilością pierogów z jagodami. Pamiętam upalne poranki spędzane na targu, kiedy kurczowo trzymałam pasek babcinej torby, żeby się nie zgubić w tłumie, a babcia wybierała gatunki ziemniaków - irys, orlik czy bryza, najświeższy kawałek arbuza, którego pestkami potem będę pluła z rzeczonego balkonu na trzecim piętrze (jakoś nigdy mi nie przyszło do głowy, że komuś może się to nie spodobać) i najładniejsze jagody przesypywane delikatnie ze szklanego słoika do papierowej torebki. I moje odwiecznie nurtujące, nigdy nie wypowiedziane na głos pytanie: dlaczego jagody odmierza się na litry?
W ubiegłym tygodniu byliśmy u mojego brata i jego rodziny, którzy mieszkają pod Warszawą. Polecieliśmy samolotem, żeby Pan Synek - obecnie na etapie fascynacji samolotami oraz smokami - miał przygodę. I muszę przyznać, że taka podróż zdecydowanie bardziej mi się podoba niż telepanie z tobołami niekończącą się autostradą. Wzięliśmy tylko bagaże podręczne, wsiedliśmy o poranku do samolotu i chwilę później, zanim domownicy wstali, piliśmy już kawę na tarasie w gościnie. Nawet Panna Córeczka przetrwała podróż doskonale, choć tego się głównie obawiałam. W trakcie startu dostała mleko i spokojnie sobie zasnęła, kiedy my mknęliśmy nad nielicznymi chmurami w blasku słońca ponad ledwo widocznymi domkami i układanką pól i łąk.
Tak się złożyło, że na czas naszej wizyty było akurat wyjątkowo ciepło, więc nie pozostawało nam nic innego jak tylko kupić tonę jagód i zagonić starszaki do lepienia pierogów, które mogłyby służyć za ilustrację w kampanii społecznej na rzecz tolerancji - każdy inny, wszystkie piękne. I pyszne ;)
Najmłodszej (która jeszcze nie je glutenu i cukru) nie spadło niestety nic z tarasowego stołu, ale wraz z nami w cieniu wiśni, zajadała się swoim deserkiem, który podawałam jej już w domu, a który pałaszuje z naprawdę zadziwiającą gorliwością.


od 7. m. ż. 

Składniki (na 1 porcję dla 7-miesięczniaka):
1/2 szklanki mleka ryżowego
1 łyżka kaszki kukurydzianej
1-2 łyżki leśnych jagód
1 łyżka wody (filtrowanej)


Mleko ryżowe doprowadzamy niemal do wrzenia, wsypujemy kaszkę kukurydzianą i energicznie mieszamy przez 3-5 min, do uzyskania gęstej papki. Odkładamy do ostudzenia.
Jagody myjemy na sitku i wyparzamy (przelewamy wrzącą wodą), a następnie wrzucamy do małego rondelka z 1 łyżką wody i gotujemy kilka minut - aż płyn (woda + sok z jagód) nieco odparuje, a same jagody staną się mięciutkie. Dodajemy do kaszki, mieszamy i podajemy maluchowi.

Smacznego!


UWAGI:
  • Podobne danie można przyrządzić z odciągniętego mleka mamy (lub wybranego modyfikowanego) i kleiku kukurydzianego lub ryżowego. Należy jednak wówczas pamiętać, że takiego mleka się nie gotuje (!!!), a jedynie ewentualnie podgrzewa do temperatury nie wyższej niż 40ºC. Dlatego też w takiej sytuacji należy użyć błyskawicznego kleiku kukurydzianego, a nie kaszki (grysu).
  • Moim zdaniem takie rozmiękczone jagody nadają się świetnie do ćwiczenia połykania większych kawałeczków. Polecam jednak samodzielnie ocenić zdolności własnego malucha. Jeśli czujemy, że sobie nie poradzi, radzę całość zmiksować. 
  • Można także zmieszaną jeszcze ciepłą kaszkę rozprowadzić na płaskim talerzyku. Po wystudzeniu powinna się nadawać do krojenia w kawałeczki w sam raz do łapki - dla zwolenników BLW. 
  • I jeszcze jedno na koniec: tak, będzie czarna kupa ;) 


wtorek, 7 lipca 2015

Rozszerzanie diety niemowlaka (BLW kontra papki)


Czas leci nieubłaganie. Ale pamiętajcie: to tylko dzieci rosną, my się nie starzejemy! Choć Panna Córeczka tydzień temu skończyła pół roku, dla mnie wciąż jest tą maluśką gąsienicą. I nie szkodzi, że już prawie siedzi, prawie czworakuje, chichra się z żartów brata, ma swoje preferencje, a spod jej dziąseł przebija coraz więcej bieli. Ja się przecież nie postarzałam o te pół roku, no bo jak to możliwe? Dojrzewam może trochę emocjonalnie, ale poza tym - nic. Nie widzę siwaków, które pojawiają mi się na przedziałku, kresek pod oczami i przy ustach. Wciąż jestem zgrabna i powabna. Uwielbiam czytać o przygodach Pippi Pończoszanki i z niemniejszą radością niż Pan Synek odkrywam uroki czytanych mu wieczorami polskich legend (spisanych przez moją najukochańszą Wandę Chotomską).
Jak mawia moja babcia: tylko skorupka się starzeje, a w środku człowiek się nie zmienia. Cały czas jest świeży. Jeśli tylko chce.
Myślę, że ciągły rozwój sprawia, że tak właśnie możemy się czuć. Bo z jednej strony mogłabym uznać, że mam już wszystko, co chciałam: świetnego męża, piękne i madre dzieci (chłopca i dziewczynkę - score!), wykształcenie, wymarzoną pracę, wygodne mieszkanie. Mam to.
Ale z drugiej strony... w miniony weekend nauczyłam się pływać. Tak, dopiero! I jestem z tego niezwykle dumna. Do tej pory mimo licznych prób cierpiałam na paniczny lęk przed utratą gruntu. Jeśli pływałam, to tylko do głębokości mniej więcej 1,5 m. Inaczej wpadałam w panikę. Ale - jak się okazuje - człowiek może pięknie dojrzewać przez całe życie. Przestać być control freakiem. Opuścić strefę komfortu, którą sobie nabudował wytłumaczeniami, szufladkami, łatkami.
W ubiegłą sobotę pojechaliśmy z moimi siostami ciotecznymi i ich rodzinami do domku nad jeziorem. Oj, trochę nas tam było, w porywach do 30 osób, w tym 9 dzieci! Gwar, rwetes, wszędzie jakieś klapki, pływaczki, farbki, butle, smoczki, łopatki, pestki po owocach. Czułam się jak - nomen omen - ryba w wodzie. Z racji upałów wszyscy chłodzili się wodą. Wtem! Okazało się, że ja też mogę. Po prostu sobie popłynęłam do skraju pomostu, a pod moimi stopami otchłań na ładnych kilka metrów. I wcale nie wyobrażałam sobie tej sceny jak plakat do filmu "Szczęki" (dla tych, co nie pamiętają: link ;)). Było doskonale!
I tak obserwując ten cały harmider związany z dziećmi i mój osobisty milowy krok, wpadłam na takie właśnie letnie przemyślenia może nieco w stylu Paulo Coelho ;) O tym, że jeśli człowiek nie przestaje być dzieckiem - w kontekście tego, że dzieci mają naturalną niepohamowaną potrzebę poznawania świata i siebie - to wtedy dopiero poznaje smak szczęścia.

Dla ponad półrocznej już Panny Córeczki ma to sens dosłownie i w przenośni, bo od kilku ładnych tygodni poznaje ona nowe smaki. Z racji tego, że zaczęła kiepsko przybierać na wadze (tu znów podejrzewam nietolerancję laktozy i być może - jak u chłopaków - alergię na kazeinę), zaczęliśmy rozszerzanie diety szybciej niż chciałby tego poręcznik do BLW (tych, którzy nie wiedzą, co to za magia, odsyłam na stronę). O ile Pan Synek szedł kropka w kropkę zgodnie z "programem", tak tu musiałam znowu wydostać się z usztywnień własnych zasad. Sprawa stanęła na ostrzu noża i po licznych próbach z innymi rozwiązaniami okazało się, że albo podajemy butlę i ryzykujemy całkowite zejście z piersi, albo dajemy warzywka, które prędzej czy później i tak będzie jadła. Wybrałam opcję drugą, choć kosztowało mnie to sporo wysiłku emocjonalnego. Kierowałam się jednak między innymi tym, że sama główna zainteresowana wykazywała (za pomocą machania łapkami i wpychania paluszków do buzi postronnym) ewidentną ciekawość w stosunku do jedzenia, które my pochłaniamy.
W związku z tym jednak, że Panna Córeczka jest jeszcze mała i nie siedzi sama, trzeba było włączyć kreatywność. Żeby całkowicie nie rezygnować z BLW, opracowałam własną autorską metodę łączoną. Z góry zaznaczam, że nikomu nie zamierzam wciskać, że to jest jakaś cudowna technika ratująca dzieci przed całym złem tego świata, ale tylko po prostu nasze doświadczenie. Nam się to sprawdza, więc opisuję. Niech zostanie na pamiątkę i może ku inspiracji dla osób, które też mają jakieś problemy.

A wygląda to tak, że gotuję na parze warzywa (dość porządnie, nie al dente!) i część odkładam do ostygnięcia, a część wrzucam do wysokiego pojemnika. Dodaję trochę wody z gotowania, kapkę jakiegoś tłuszczu (oliwy prosto z Włoch, oleju lnianego lub kokosowego) i miksuję. Następnie układam Pannę Córeczkę w bujaczku, blokując funkcję bujania i podaję jej do łapki ugotowane warzywko w całości, a do buźki łyżeczkę z papką. Staram się przy tym zachować najważniejsze w mojej opinii aspekty BLW, czyli przede wszystkim bacznie ją obserwuję. Pozwalam jej na własną rękę poznać kształt, konsystencję, wygląd i smak jedzenia. Upewniwszy się, że aktualnie nie ma nic w buzi pokazuję łyżeczkę, a gdy otwiera, aplikuję jej papkę. Muszę pamiętać, żeby nie wpaść w pułapkę "zjedz wszystko" i być uważną na sygnały zdradzające koniec zainteresowania jedzeniem. Nie wpychać na siłę!
Plusem tej metody jest to, że widzę wyraźnie, ile zjadła i mam pewność, że będzie najedzona, ale z drugiej strony mam przekonanie, że to ona wciąż ma nad tym wszystkim większą kontrolę.

Gotuję raz na dwa dni. Drugiego dnia odgrzewam warzywka znowu na parze. Co kilka dni wprowadzam coś nowego, ale staram się łączyć ze znanymi już smakami. Niedawno wprowadziliśmy też drugie danie w ciągu dnia. A zatem Panna Córeczka jada warzywny brunch po pierwszej drzemce ok. godz. 11, a po południu ok. 16 owocowy podwieczorek.

Do tej pory Panna Córeczka jadła już (kolejno):
  • warzywa: ziemniaki, kalafior, marchewkę, brokuły, bataty, fasolkę szparagową, cukinię, koperek, ogórka, pietruszkę (korzeń)
  • owoce: maliny, poziomki, mango, banany, brzoskwinie
  • ziarna: proso (kasza jaglana, chrupki jaglane), ryż (także w postaci wafli ryżowych)

Staram się kupować wszystko "eko" i według klucza sezonowości i lokalności, ale nie zawsze mi się udaje. Tym niemniej jakoś specjalnie się nie przejmuję. Najważniejsze dla mnie jest, żeby jej smakowało i żeby był progres! :) 





środa, 17 czerwca 2015

Zupa truskawkowa z kardamonem

 
Mimo że pogoda coraz bardziej letnia, w tym sezonie truskawki najbardziej smakują mi na ciepło. Owszem, robiliśmy z Panem Synkiem pyszne lody truskawkowo-arbuzowe z przepisu Mrs Polki Dot i były pyszne. Ale ja truskawki w tym roku podsmażam na maśle, grzeję, zapiekam, gotuję. Była już jaglanka z karmelizowanymi truskawkami, był kisiel (przepis wkrótce), będą crumble i konfitury z bardzo, bardzo starych, ale wciąż jarych przepisów :)
Wczoraj zaś w najpiękniejszej na świecie książce Zofii Różyckiej Alfabet ciast wypatrzyłam najpiękniejszą na świecie tartę z truskawkami i tymiankiem i zapragnęłam jej gorąco, na gorąco! Ewentualnie z porcją rabarbarowych lodów. Ale niekoniecznie. Jak tylko się za nią zabiorę, to nie omieszkam Wam pokazać, bo planuję udekorować ją w stylu podobnym jak w książce. Czyli jakim? Sami się przekonajcie! Warto!!! [Ps. Wpis nie jest sponsorowany!]
Tymczasem wrzucam przepis na szybkie danie w stylu "zjadłoby się na kolację coś na ciepło, a w lodówce - jak to w czerwcu - tylko truskawki". Dla podkreślenia rozgrzewającego charakteru tego dania, dodałam sporą szczyptę kardamonu, który wyraźnie wzmacnia (jak to się teraz zwykło mawiać "podkręca" - bleh!) truskawkowość truskawek. A zatem jest szybko, ciepło, pysznie i czerwcowo. Czego chcieć więcej?
Pan Synek, kiedy usłyszał, że zrobiłam zupę truskawkową i w dodatku z "makajonami", nie mógł uwierzyć własnym uszom. I co prawda zjadł 2 dokładki, ale "na desejek" zapragnął jeszcze gotowanych szparagów. Żeby była jasność, że na pewno jest lato ;) 


 po 1. r. ż.

Składniki (na ok 4-5 porcji):
1/2 kg truskawek
1 1/2 - 2 szklanki mleka (u mnie sojowe)
2 ziarna kardamonu
opcjonalnie: cukier do smaku

ugotowany makaron lub dowolne domowe kluski (np. zacierki, lane lub kładzione)

Truskawki myjemy, pozbawiamy szypułek i wrzucamy do garnka. Ziarna kardamonu rozgniatamy w moździerzu na proszek (pozbawiając je zielonej łupinki), dodajemy do truskawek. Całość zalewamy mlekiem (dodając ewentualnie cukier), miksujemy blenderem, a następnie gotujemy ok. 5-10 min, uważając, by nie wykipiało. Podajemy z makaronem lub kluskami.
Po schłodzeniu w lodówce zupa może także robić za koktajl.

Smacznego!




wtorek, 26 sierpnia 2014

Pudding z tapioki z korzennym musem śliwkowym


Kocham schyłek lata. Nie jest już upalnie, można ubrać się jakoś po ludzku, przejść nawet kawałek spacerem, wieczorki już przyjemnie chłodne. A jednak wciąż świeci piękne słońce i stragany uginają się od owoców. Już zaczynają królować gruszki i jabłka, ale jeszcze w całkiem niezłej cenie można dostać maliny, borówki czy śliwki. Ach, śliwki! Uwielbiam! I chyba, jeśli mam być całkowicie szczera, wolę je w postaci powideł, musów czy w ciastach niż na surowo. A zatem śliwkowy sezon na blogu niniejszym czas otworzyć!
A otwieram go cudownym przepisem na przepyszny deserek. Tapioka ostatnio jest coraz bardziej popularna. Modę na tapiokowe pudingi przywiał do nas ciepły wiatr zza oceanu i choć na początku opierałam się jej z czystej przekory, tak w końcu ciekawość zwyciężyła.
I co? I jest tak, jak sobie wyobrażałam. Niesamowite są te mięciutkie sprężyste słodkie kuleczki zanurzone w delikatnym kremie. Połączyłam je z pikantnym, kwaskowatym musem śliwkowym. Efekt był jak dla mnie olśniewający!
Polecam na ostatni tydzień wakacji. Może przyjdzie Wam gościć kogoś wyjątkowego, komu będziecie chcieli zaiponować nutką egzotyki?


od 10. m. ż.

Składniki:
1/3 szklanki kulek tapioki*
3 szklanki mleka migdalowego
2-3 lyzki cukru trzcinowego
szczypta soli

ok. 1/2 kg sliwek
1/4-1/2 szklanki cukru trzcinowego**
1-2 lyzeczki korzennych przypraw: cynamonu, kardamonu, imbiru

Tapioke zalewamy mlekiem i odstawiamy na ok. godzine. Nastepnie dodajemy cukier i sol i gotujemy ok. 15 min, mieszajac. Kulki tapioki powinny stac sie miekkie i przezroczyste, a masa dosc gesta. Przelewamy do szklanek, sloiczkow lub miseczek i odstawiamy do wystudzenia, a nastepnie wstawiamy do lodowki.
W czasie, gdy tapioka sie chlodzi, przygotowujemy sliwkowa gore. Sliwki myjemy, pozbawiamy pestek i kroimy na dosc male kawalki. Wrzucamy do garnka o grubym dnie, dodajemy cukier (mozna partiami - w zaleznosci od potrzeby) i przyprawy. Gotujemy na wolnym ogniu, az sliwki zamienia sie w gesta, korzenna mase (zajmie to ok. 1-2 godzin). Studzimy lekko, po czym nakladamy na porcje tapioki.
Calosc nalezy schlodzic przez kilka godzin.

Smacznego!

* dużych lub małych - wszystko jedno
** ilosc cukru w musie sliwkowym nalezy dostosowac do slodkosci sliwek

Zrodlo inspiracji





czwartek, 14 sierpnia 2014

Owsiane ciasto z wiśniami


Mniej więcej dwa lata temu zapadła decyzja o przeprowadzce. Szukaliśmy nowego dobrego miejsca, w którym będziemy czuli się swobodnie, będzie przestrzennie, ciepło i domowo. I takie znaleźliśmy. Dopiero dużo później wyczytałam, że "amerykańscy naukowcy" dowiedli, że ludziom nalepiej żyje się wcale nie w centach miast, a w pobliżu natury, zieleni i wody. Zupełnie nieświadomie wybraliśmy to, co dla nas najlepsze, hehe.
Choć mieszkamy w Gdańsku, kiepscy z nas plażowicze. Poprzednie lokum było oddalone o 15 min spacerem od plaży, ale zupełnie z tej bliskości morza nie korzystaliśmy. Wolimy rowerowe wycieczki i spacery po lesie, wśród strumyków i stawów. Teraz mamy je na wyciągnięcie ręki. Wystarczy spakować kocyk, kilka przekąsek i w 5 min mamy piknik "za miastem", na mchu, pośród szyszek, choć tak naprawdę jesteśmy oddaleni od Centrum 15 min jazdy samochodem.
Na taki spokojny popołudniowy piknik doskonale sprawdzają się przekąski do ręki, czyli jakieś muffinki, kanapki, owoce itp., ale w związku z tym, że las jest naprawdę tak blisko, to czasem można pokusić się o wzięcie całej foremki ze świeżo upieczonym ciastem.
W strukturze jest ono dość podobne do "crumble", ale ma dodatkowo kruszonkowy spód. Czy może być coś lepszego niż podwójna porcja owsianej kruszonki przełożonej warstwą kwaskowatych wiśni, jedzona na łonie natury? Wymarzone popołudnie w długi weekend! :)


od 10. m. ż. 


Składniki (na formę o średnicy ok. 24 cm):
1 szklanka mąki razowej
1 szklanka płatków owsianych (posiekanych lub błyskawicznych)
3/4 szklanki cukru trzcinowego
kostka zimnego masła (200 g)

ok. 3 szklanki wiśni
1/3 szklanki mąki ziemniaczanej
1/3 szklanki cukru trzcinowego
(opcjonalnie szczypta kardamonu)
2-3 łyżki bułki tartej


Wiśnie myjemy i drylujemy.
Piekarnik wstawiamy na 180ºC.
Mąkę mieszamy w misce z płatkami i cukrem. Dodajemy pokrojone w kostkę masło i rozcieramy w palcach na kruszonkę.
Do natłuszczonej i wysypanej odrobiną mąki formy wsypujemy połowę kruszonki i delikatnie wyrównujemy (starając się za mocno nie przygniatać). Podpiekamy ok. 15 min.
W tym czasie mieszamy wiśnie z mąką ziemniaczaną i cukrem.
Na podpieczony spód wysypujemy bułkę tartą i wykładamy masę wiśniową, a następnie przykrywamy pozostałą kruszonką. Pieczemy jeszcze ok. 45 min.
Kroimy po wystudzeniu.

Smacznego!


środa, 13 sierpnia 2014

Tosty francuskie z domowego chleba (na zakwasie)



Wyobrażam sobie, że w większości polskich domów swojski chleb na zakwasie (jak na przykład ten z poprzedniego wpisu) schodzi na pniu. My jednak jesteśmy bardzo mało chlebożerni. Pierwszego dnia oczywiście ze względu na walory skórkowe rzucamy się na piętki (zwłaszcza Pan Małżonek), ale z czasem tracimy zapał. Dwa czy trzy dni później chleb - w związku z brakiem w składzie spulchniaczy, polepszaczy i innych magicznych środków - nie jest już tak... ekhm... delikatny i puszysty, a nam jakoś apetyt na kanapki spada. Dlatego właśnie najbardziej lubię piec chleb, kiedy jedziemy do Dziadków albo wiem, że będziemy mieli gości.
Jednak zakwas nie słucha wymówek i piec trzeba co najmniej co 10 dni. Co zatem robić z resztkami bochenka, które leżą zapomniane w chlebaku? Sposobów na przerabianie chleba jest sto miliardów: od grzanek przez sałatki po puddingi. Ale mój ulubiony to francuskie tosty, zwane w moim rodzinnym domu po prostu "chlebem w jajku".
W oryginalnej wersji tosty te robi się z delikatnego białego chlebka typu chałka, bułka paryska czy jak w USA - chleb tostowy (sic!), który mocno chłonie jajko i w efekcie mamy delikatne placuszki. Ale moim zdaniem każde pieczywo się do tego nada, a domowy razowy chleb będzie miał z pewnością nie tylko ciekawsze walory smakowe, wyrazistszą strukturę, bardziej "rustykalny" wygląd, ale jeszcze wartości zdrowotne!
A zatem jemy "chleb w jajku" na słodko lub słono, z dżemem, śmietaną, owocami, warzywami, serem, ziołami... każdy znajdzie wersję dla siebie! Poniżej prezentuję tę, którą z radością najczęściej gościmy na naszym stole.


po 1. r. ż. 


Składniki: 
2-3 kromki chleba
1 jajko
1/3 szklanki mleka (może być roślinne)
szczypta cukru trzcinowego
szczypta cynamonu
1 łyżka masła klarowanego


Jajko roztrzepujemy w płaskiej misce z mlekiem, cukrem i cynamonem. Każdą z kromek (mogą być przekrojone na pół) moczymy po kolei w miksturze jajecznej z każdej strony, żeby nasiąknęły.
W tym czasie rozgrzewamy na patelni masło.
Smażymy nasiąknięte kawałki chleba na złoto z obu stron, uważając, żeby się nie przypaliły.
Podajemy ciepłe z domową konfiturą.

Smacznego!


wtorek, 5 sierpnia 2014

Crumble z jabłkiem i miętą (bez cukru)


No i stało się. Zaangażowałam się w politykę. A tak prawdę mówiąc, to polityka zaangażowała się we mnie. Bo ja sama nie chcę mieć za wiele wspólnego ze światkiem na Wiejskiej. Orientuję się mniej więcej, kto jest kim, ale bardzo pobieżnie i bez namiętności. Jednak gdy ludziom dzieje się krzywda, kiedy kilku mniej lub bardziej sprytnych panów z grubymi portfelami i szerokimi plecami zaczyna ewidentnie działać na niekorzyść Bogu ducha winnych ludzi, to wygłaszam głośny sprzeciw.
Dlatego też w ramach wsparcia polskich sadowników z ramienia akcji #jedzjabłka wrzucam dziś przepis z wykorzystaniem polskich antonówek. W związku z tym, że lato mamy wyjątkowo ciepłe w tym roku, to proponuję domieszkę orzeźwiających ziół. Mięta doda deserowi nutki ochłody, a stewia zastępuje cukier, nie powodując wysokiego skoku insuliny. Taki miks pod chrupiącą owsianą kruszonką nada się doskonale na letni podwieczorek, kiedy słońce już opada, a nam znowu wracają życiowe funkcje i zachciewa się jeść ;)
Wbrew pozorom w tym sezonie nie jest z tymi polskimi jabłkami tak łatwo. Papierówki już właściwie się kończą, do jedzenia są pyszne pirosy, ale antonówki są... no cóż... wymagające ;) Lepiej niż do jedzenia nadają się do pieczenia, przetworów, kompotów. Należy jednak pamiętać, że jabłka są tylko symbolem wsparcia, a rosyjskie embargo obowiązuje na wszystkie polskie owoce i warzywa, więc kupujmy też ziemniaki, marchewki, fasolki, ogórki, pomidory. Słowem: odwiedzajmy targowiska jak najczęściej!


po 1. r. ż. 

Składniki (na foremkę ok. 10 x 15 cm):
1 bardzo duża antonówka (lub inne jabłko dobre do pieczenia)
2-3 listki świeżej mięty
1 łyżeczka suszonej stewii (lub kilka listków świeżej)
1 łyżeczka mąki ziemniaczanej
1 łyżeczka masła (do wysmarowania foremki)

1/2 szklanki płatków owsianych błyskawicznych (lub posiekanych zwykłych)
1 łyżka zimnego masła
1 łyżka ksylitolu


Piekarnik wstawiamy na 200ºC.
Jabłko myjemy, obieramy i kroimy na kawałki. Wsypujemy do niewielkiego naczynia żaroodpornego wysmarowanego masłem. Dodajemy umyte i posiekane listki mięty oraz stewię i mąkę, a następnie wszystko dokładnie mieszamy.
Płatki owsiane rozrabiamy w palcach z zimnym posiekanym masłem i ksylitolem tak, aby powstała kruszonka. Posypujemy nią jabłko i zapiekamy przez ok. 20-30 min.
Podajemy lekko wystudzone z porcją lodów, śmietaną lub sosem budyniowym (takim jak np. tutaj).


Smacznego!




poniedziałek, 9 czerwca 2014

Muffinki waniliowo-rabarbarowe


Wczoraj rano upiekłam prawdopodobnie ostatnie w tym roku ciasto z rabarbarem, który dostałam od działkowego sąsiada. Dziś na śniadanie zjadłam ostatni kawałek. Sezon rabarbarowy chyba właściwie się skończył.
Co roku przez ten krótki czas wyciskam z rabarbaru, ile tylko się da. Robię dżemy, crumble, placki, muffinki... W tym roku mam wrażenie, że chyba trochę zaspałam. Jakoś mi mało. Z lekką nostalgią zatem publikuję spóźniony przepis na przepyszne, śmiesznie łatwe muffinki, które Pan Synek zabrał w plecaku na pierwszą przedszkolną wycieczkę.
Może znajdziemy jeszcze gdzieś kilka łodyżek albo wrócimy do przepisu w przyszłym roku? :)


od 10. m. ż. 


Składniki na 12 sztuk:

2-3 łodygi rabarbaru
1 1/2 szklanki mąki razowej
3/4 łyżeczki sody
1/3 szklanki trzcinowego cukru z prawdziwą wanilią (lub 1/3 szklanki cukru trzcinowego i 1-2 łyżeczki ekstraktu z wanilii)
2 jajka
1 szklanka śmietany
3 łyżki masła (roztopione i przestudzone)


Wstawiamy piekarnik na 190ºC, a formę do muffin wykładamy papierowymi papilotkami.
Rabarbar myjemy (w razie potrzeby obieramy) i kroimy na małe kawałeczki.
W osobnych miskach mieszamy dokładnie składniki suche (mąkę, sodę, cukier) i mokre (jajka, śmietanę, roztopione masło). Łączymy zawartości obu misek i mieszamy niezbyt dokładnie, pod koniec dodając pokrojony rabarbar.
Nakładamy ciasto do formy i pieczemy ok. 20-25 min.

Smacznego!



poniedziałek, 24 lutego 2014

Razowe leniwe


Dziś trzecie urodziny Pana Synka. Właśnie udał się na drzemkę, a ja szybko nadrabiam zaległości, czytam, sprzątam, wieszam pranie, gotuję, wrzucam przepis, bo jak tylko się obudzi, czeka nas dalszy ciąg jego wyjątkowego dnia :) A dzień to naprawdę piękny na urodziny! Dziś w symbolicznym geście podwyższyliśmy siodełko w jego biegowym rowerze. Ale mam jeszcze kilka niespodzianek w zanadrzu!
Cały tydzień zapowiada się nieźle, bo przecież przed nami Tłusty Czwartek, a na weekend muszę wymyślić 2 torty na imprezy urodzinowe dla dwóch pokoleń. W całej tej bieganinie nie mogłoby zabraknąć dania, które robi się w 15 min, a Pan Synek ostatnio tak pokochał, że leci z pokoju na zabój, gdy tylko stawiam je na stole. Mianowicie leniwych pierogów. W wersji razowej rzecz jasna ;)


od 10. m. ż.

Składniki na 2 porcje:
1 kostka twarogu (250 g)
1 jajko
2/3 szklanki mąki razowej orkiszowej
opcjonalnie: szczypta soli, szczypta cukru trzcinowego z prawdziwą wanilią

do podania: łyżka roztopionego masła, szczypta cukru trzcinowego, cynamon


W dużym garnku wstawiamy wodę. Zanim woda się zagotuje, w misce rozdrabniamy widelcem twaróg, dodajemy resztę składników i szybko łączymy. Na oprószonym mąką blacie formujemy z ciasta wałek, spłaszczamy go nieco i kroimy pod kątem. Wrzucamy na zamieszaną, gotującą się wodę, mieszamy delikatnie i gotujemy ok. 3 min od wypłynięcia na powierzchnię. Wyjmujemy łyżką cedzakową.
Podajemy na ciepło z roztopionym masłem, cukrem i ewentualnie cynamonem.


Smacznego!





wtorek, 18 lutego 2014

Crumble z gruszką i jabłkiem


Na dzikiej i mroźnej Północy świeci wiosenne słońce. Między badylami i zgniłymi zeszłorocznymi liścmi na moim (w pocie czoła przekopywanym latem) klombie pojawiają się już kiełki krokusów, żonkili, przebiśniegów, a nawet chyba tulipanów. Będzie kolorowo! Mam więc nadzieję, że zapowiedzi o nawrocie zimy to tylko głos zgorzkniałych pesymistów. Choć pamiętam, jak w zeszłym roku też wiosna dawała sygnały, które obserwowaliśmy ze spokojem na naszym cudownym wygnaniu na wsi, a przecież na wielkanoc lepiliśmy bałwany! Oby nie! A kysz!
A zatem na jeden z ostatnich dni z zimowym niebieskim światłem proponuję crumble z sezonowych owoców, których przecież w naszym klimacie o tej porze jest zatrzęsienie ;) Bez żalu żegnam zimowe jabłka i gruszki i dołączam do Pana Synka w jego wiecznym niemal oczekiwaniu na truskawki!


od 10. m. ż.

Składniki na formę 17x17cm:
2-3 kwaśne jabłka
2-3 gruszki
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka klarowanego masła
opcjonalnie: 2 łyżeczki cukru trzcinowego*

na kruszonkę:
1/2 szklanki płatków zbożowych (np. orkiszowe)
1/2 szklanki mąki pełnoziarnistej (np. orkiszowej)
2 łyżki zimnego masła
2 płaskie łyżki cukru trzcinowego



na sos budyniowy:
1 szklanka mleka (może być roślinne)
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka cukru trzcinowego z prawdziwą wanilią (lub zwykłego trzcinowego i odrobina ekstraktu z wanilii, lub 1 łyżeczka cynamonu)




Wstawiamy piekarnik na 200ºC.
Owoce myjemy, obieramy i kroimy na niezbyt duże kawałki. W garnku o grubym dnie rozpuszczamy masło, wrzucamy jabłka i gruszki, sok z cytryny oraz mąkę ziemniaczaną (i ewentualnie cukier). Mieszamy dokładnie i dusimy ok. 5 min.
Płatki siekamy niezbyt dokładnie (np. w malakserze), dodajemy mąkę i cukier oraz posiekane zimne masło. Rozcieramy w palcach na kruszonkę.

Do foremki przekładamy owoce, posypujemy kruszonką i zapiekamy przez ok. 20 min.


W tym czasie przyrządzamy sos: wszystkie składniki podgrzewamy w rondlu, cały czas mieszając, do momentu zgęstnienia (ma mieć jednak konsystencję sosu, a nie gęstego budyniu!).
Lekko przestudzone crubmble podajemy z ciepłym sosem.


Smacznego!



* ja nie dodawałam cukru, bo moje gruszki były mocno dojrzałe i bardzo słodkie




[to będzie szafran ;)]


czwartek, 13 lutego 2014

Razowe drożdżówki serca z nadzieniem migdałowym


Przed nami Walentynki. Różne są oblicza miłości, różne sposoby na jej okazywanie. My z Panem Małżonkiem pewnie zgodnie z naszą małą świecką tradycją pójdziemy do naszej ukochanej knajpki sushi (klisza, wiem, no ale tradycja to tradycja :P) i będziemy pili wino. Tym razem nie zjem tyle, że nie będę mogła wstać, obiecuję! 
Czy zrobię Panu Synkowi jakiś prezent? Jeszcze nie wiem... Wciąż wydaje mi się, że to raczej święto dla "zakochanych", czyli świętuje się z osobą, którą darzy się jednak zgoła odmiennym typem miłości niż dziecko. Podobnie uważam, że rocznica ślubu to święto tylko dla zainteresowanej pary. No ale to już wyłącznie moje zdanie. Można się spierać, nie obrażę się ;)
Jeśli zatem chcemy zrobić pyszną słodką, ale jednocześnie zdrową (w zakresie pewnych granic, rzecz jasna) niespodziankę ukochanej/ukochanemu/dziecku/listonoszowi/sobie, to myślę, że bułeczki z poniższego przepisu nadają się do tego wyśmienicie. Są naprawdę wspaniałe! Smakują nieco jak marcepan, są razowe i orkiszowe, a do tego mają kształt serca! Świetnie sprawdzą się w roli śniadania do łóżka lub słodkiego wyznania w myśl "przez żołądek do serca" :)


od 10. m. ż.


Składniki na 8 sporych drożdżówek:
na ciasto:
1 1/2 szklanki jasnej mąki orkiszowej (typ 720)
1 szklanka pełnoziarnistej mąki orkiszowej (typ 2000)
1 łyżka suchych drożdży
2 łyżki cukru trzcinowego
szczypta soli
2/3 szklanki ciepłego mleka (lub wody)
1 jajko
2 łyżki masła klarowanego (roztopionego i wystudzonego)

na nadzienie:
200 g migdałów
1/3 - 1/2 szklanki cukru trzcinowego
1/3 szklanki śmietany kremówki
1 łyżka ekstraktu z wanilii (lub rumu)


Obie mąki mieszamy z drożdżami, cukrem i solą. Dodajemy ciepłe mleko (lub wodę), jajko i mieszamy wszystko. W końcu dodajemy także masło i wyrabiamy ciasto mikserem (końcówką z hakiem) ok. 8-10 min. Przykrywamy miskę ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na ok. 1 1/2 godziny.

W tym czasie przyrządzamy nadzienie: miksujemy wszystko w malakserze na w miarę gładką masę.

Po wyrośnięciu ciasto dzielimy na 8 kulek. Każdą po kolei wałkujemy na placek (podsypując lekko mąką), na który nakładamy po łyżce nadzienia i rozprowadzamy delikatnie (żeby ciasto nie przykleiło się do podłoża). Zwijamy placek jak naleśnik, po czym składamy na pół, przecinamy i wywijamy, tworząc kształt serca*. Układamy na blasze i pozostawiamy do wyrośnięcia na ok. pół godziny.
Pieczemy bułeczki ok. 15-20 min w piekarniku nagrzanym do 180ºC. Studzimy na kratce. Najlepsze są pierwszego dnia! 

Smacznego!



* Dokładna obrazkowa instrukcja formowania serc jest podana przy przepisie źródłowym, nierazowym i z nieco innym nadzieniem.



środa, 5 lutego 2014

Muffiny czekoladowe z wiśniami (bezglutenowe, bez cukru, bez laktozy, paleo)


Słodycze bez cukru? Da się! :) Te muffinki mają akurat miód, który jest oczywiście też cukrem, ale znalazłam je pod hasłem "paleo" i tak podaję, choć oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest to dość kontrowersyjne.
Za pierwszym razem ograniczyłam ilość miodu i smakowały jak gorzka czekolada, co Pan Synek przyjął z aplauzem rzecz jasna :)
Myślę, że mogą doskonale sprawdzić się jako przekąska w szkole/pracy, ponieważ są bogate w magnez i wapń, a w związku z ograniczoną ilością węglowodanów nie spowodują takiego skoku insulinowego jak inne cuda, które można nabyć w sklepikach (na szczęście już niedługo! ha!).
Mogą dać radę też jako poczęstunek dla bezglutenowców na imprezie lub nawet jako walentynkowy podarunek dla tych, którzy nie szaleją za słodyczami.


po 10. m. ż. (uwaga na miód!)

Składniki na 12 muffinek:
2 szklanki zmielonych migdałów
1/2 szklanki kakao (lub karobu)
1/2 łyżeczki sody
3 jajka
1/2 szklanki miodu (lub syropu z agawy, lub klonowego)
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (opcjonalnie)
1 szklanka mrożonych wiśni (lub innych owoców)

Wstawiamy piekarnik na 170°C. Blachę do muffinek wykładamy papierowymi papilotkami.
W sporej misce mieszamy migdały, kakao i sodę, a w drugiej jajka, miód i wanilię. Łączymy zawartości obu misek, pod koniec dodając wiśnie. Nakładamy ciasta do formy. Pieczemy 25-30 min.
Studzimy przed podaniem, ponieważ owoce w środku mogą być bardzo gorące!

Smacznego!


Źródło przepisu

niedziela, 1 grudnia 2013

Orzechowe muffiny z jabłkami

 
Kiedy wszyscy powoli zaczynają myśleć o kupowaniu prezentów, na opakowaniach od czekolady są już śnieżynki, a pewna bardzo duża i bardzo nielubiana przez Razowe Ciasteczka firma zaczyna promować pana z białą brodą i w czerwonym stroju, to ja czytam Dzieci z Bullerbyn. Poważnie! Co roku znajduję chwilę, żeby sięgnąć po swój (właściwie mojego Taty - otrzymany za dobre wyniki w szkole muzycznej) ponad czterdziestoletni egzemplarz mojej ukochanej książki, wyszukuję rozdział o Świętach i rozniecam w sobie błogi nastrój.
W Bullerbyn bowiem przedświąteczna gorączka ma jak najbardziej pozytywną aurę. Nie kojarzy się z tłumami w hipermarketach na gwałt wydającymi kasę na nieudane prezenty, tylko raczej pieczeniem setek pierniczków i przykładaniem ogromnej wagi do tradycji. I taki idylliczny nastrój chcę storzyć w naszym domu. Prezenty kupuję w sklepach internetowych, powoli chodzę po domu, rozwieszam lampki. Unikam chaosu. Chcę, żeby Święta kojarzyły się Panu Synkowi z szyszkami, choinkowymi ozdobami z siana lub pszczelego wosku, zapachem cynamonu, orzechów i jabłek.
I w taki właśnie klimat doskonale wprowadza nas lektura, do której, siedząc pod kocem, popijamy ciepłą herbatę i przegryzamy muffinki z poniższego przepisu. Są naprawdę cudownie przedświąteczne, mięciutkie i aromatyczne! :)

po 1. r. ż.

Składniki na 16 sztuk:
1 1/2 szklanki razowej mąki orkiszowej
1 szklanka mąki z orzechów laskowych*
3/4 szklanki cukru trzcinowego
1 łyżeczka sody
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 łyżeczka cynamonu
2 jajka
1/3 szklanki oleju
1 szklanka śmietany (+ ewentualnie 1-2 łyżki, gdyby masa była za gęsta)
2 niewielkie jabłka

Jabłka myjemy, obieramy i kroimy na kwałki.
Piekarnik wstawiamy na 180ºC.
W jednej misce mieszamy: obie mąki, cukier, sodę, proszek, cynamon. W drugiej misce dokładnie roztrzepujemy widelcem jajka, dodajemy olej, śmietanę i dokładnie mieszamy. Mokre składniki przelewamy do suchych, mieszamy z grubsza, dodając pokrojone jabłka. Ciasto nakładamy do foremek, pieczemy ok. 25-30 min.

Smacznego!


* np. zrobionej tym błyskawicznym sposobem :)




niedziela, 27 października 2013

Crumble z dynią i jabłkiem

 
"Znowu dynia? Niedługo będę się bał otworzyć konserwy!" - skwitował Pan Małżonek, gdy usłyszał, że to, co tak pięknie pachnie z piekarnika, to dyniowo-jabłkowe crumble. [Swoją drogą - konserwy? Seriously?] Nie wiedział jeszcze, że 15 minut później będzie biegł po dokładkę! Ha!
Dostaliśmy znowu dużo jabłek, mieliśmy w lodówce jeszcze kawałek dyni, a Pan Synek zaczął dopytywać o drugie śniadanie. Postanowiłam zatem, że dziś jest ten dzień, kiedy wypróbuję pomysł, który chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu. I naprawdę było warto!
Gorąco zachęcam do spróbowania tego przepisu jak najszybciej! Czy to na deser, czy podwieczorek, czy słodkie drugie śniadanie - crumble zawsze w cenie, a dynia w modzie :)

Przepis dodaję oczywiście do dyniowej akcji Bei.


po 1. r. ż.

Składniki na foremkę 17x17cm:
1/5 małej dyni*
2-3 kwaśne jabłka
1 łyżeczka startego świeżego imbiru
2-3 goździki
1/2 łyżeczki cynamonu
2-3 łyżeczki cukru trzcinowego
1-2 łyżki soku z cytryny
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka masła klarowanego

na kruszonkę:
1 szklanka płatków owsianych
2 łyżki zimnego masła
2 płaskie łyżki cukru trzcinowego
2 łyżeczki cynamonu


Wstawiamy piekarnik na 200ºC.
W garnku o grubym dnie rozpuszczamy masło klarowane, wrzucamy obraną i drobno pokrojoną dynię i dusimy ok. 5-10 min. W tym czasie myjemy jabłka, obieramy je i kroimy na nieco większe kawałki. Wrzucamy do garnka, a następnie dodajemy imbir, goździki, cynamon, cukier, sok z cytryny oraz mąkę ziemniaczaną. Mieszamy dokładnie i dusimy jeszcze ok. 2-3 min. Zostawiamy pod przykryciem.
Płatki siekamy niezbyt dokładnie (np. w malakserze), dodajemy cukier, cynamon i posiekane zimne masło. Rozcieramy w palcach na kruszonkę.

Do foremki przekładamy dynię z jabłkami, wyrównujemy, posypujemy owsianą kruszonką i zapiekamy przez ok. 20 min.
Podajemy lekko przestudzone (ale wciąż ciepłe) z jogurtem naturalnym, kwaśną śmietaną lub np. cynamonowym budyniem.


Smacznego!


* U nas ilość dyni była nieco mniejsza niż jabłek, ale można zmienić proporcje.